W krainie Anasazi i Ahwahnechee*

W krainie Anasazi i Ahwahnechee*


Przypadkowe spotkanie w Podlesicach na początku marca z Sokołem (Rafał Sokołowski KW Gliwice) zaowocowało spontaniczną decyzją wyjazdu do Indian Creek i Yosemite. Początek wyprawy to lądowanie w Salt Lake City i całonocna podróż autem przez pustynię i góry do Moab – ostatniej miejscowości znajdującej się ok. 100 km od kraju Indian Anasazi – Indian Creek. Śniadanie w niebywale tandetnie urządzonym barze (zdjęcie poniżej), tłuste i bezsmakowe z mdławą w smaku kawą – takie pierwsze wrażenie Ameryki...

 

Przestrzeń, otaczające pustynne krajobrazy rekompensują złe wrażenia z tego, co „made by Americans”... Zresztą tak będzie raczej do końca wyprawy: co stworzyła w Ameryce przyroda jest zapierające dech w piersiach. Ludzie albo próbowali to usilnie zepsuć lub przynajmniej oszpecić. Jedyne pozytywne wrażenie z tego American Dream-u to autostrady: szerokie, bez dziur i za darmo.

Przestrzenie są niesamowite dla Europejczyka. Trzeba się pilnować z tankowaniem, bo następna stacja może być za 150 km, a nasza Kia Soul jest mała ale silnik 2l benzynowy i automatyczna skrzynia biegów pożera benzynę.

 

Indian Creek wspinaczkowo nie da się oszukać. Po cichu liczyłem, że w tych rysach są jakieś krawądki, czy załamania pozwalające zadać w sposób prosty. Niestety, trzeba było uczyć się klinowania... Nasi pierwsi nauczyciele, to para sympatycznych ...Moskwian, będących w Indian już kilka tygodni i potrafiących przekazać tą tajemną wiedzą w sposób zrozumiały, a nie jak Amerykanie stwierdzeniem: „be cool, listen to your soul – it’ll show you the path to perfect cracking ;-)”

Tu wszystko jest na odwrót. Łatwe dla Amerykanów tzw. handcracki (szerokości dłoni) wycenione na VI są dla nas na początku drogą przez mękę. Finger cracki (na szer. palców), które można przejść Dulfrem są dla nas wkaszalne, a Amerykanie się na nich męczą...

Asekuracja siada pancernie. Jedyny problem, to niezmieniający się przez 30 m rozmiar rysy. Trzeba mieć np. 5-6 friendów jednego rozmiaru, albo mocną psychę pozwalającą przesuwać frienda przed sobą przez 30 m...

Nauka jest bolesna pomimo plastrowania i należy się po prostu uzbroić w cierpliwość i przewspinać odpowiednią ilość metrów, która sama przekłada się na swobodę poruszania.

 

Po 10 dniach przenosimy się do Yosemite. Zabiera nam to dwa dni jazdy... Już przed ostatnim łańcuchem górskim (High Sierra) staje nam na przeszkodzie pokrywa śnieżna na drodze sięgająca 6 m wysokości po ostrej zimie i konieczność nadłożenia, bagatela 400 km...

Niestety spędzamy tu tylko kilka dni wspinaczkowych. Wspinamy się w zasadzie tylko jednowyciągowo, bo pogoda nas nie rozpieszcza (deszcz, grad, temp. +7) i wielowyciągówki są raczej mokre. Nawet próba na krótkiej, czterowyciągowej Moratorium na Shultz’s Ridge kończy się na haczeniu trudności w mokrym.

Yosemite to niestety bardzo komercyjne i popularne miejsce. Nie ma mowy o dzikiej przyrodzie. Nawet niedźwiedzie są niegroźne... no chyba, że akurat zostawimy trochę jedzenia w aucie. Szanowny miś na pewno sprawdzi co to, przy okazji rozpruwając auto...

Generalnie trzeba się też uzbroić w cierpliwość w stosunku do wszędzie wiszących ostrzeżeń i tabliczek z regulaminami, przepisami wszelkiej maści i Rengersami z bezmyślnym uśmiechem próbującymi wyegzekwować te absurdy. Campingi są non stop „FULL”, „dzikie” zwierzęta (sarny, niedźwiedzie, wiewiórki, ptaki) skupiają się na przeszukiwaniu worków na śmieci a służby parku na egzekwowaniu przepisów drogowych, śmieciowych, campingowych i 1000 innych. Jest nawet spec grupa do spraw niedźwiedzi, która jeździ specjalnym samochodem śledzącym nadajniki radiowe w które są wyposażone misie. Świat Orwella przy tym to nic...

 

Na szczęście wspinanie jest jak to mówi Sokół, erste klasse. Granit jest trochę bardziej przyjazny niż piaskowiec i pozwala trochę oszukać... No chyba, że to akurat offwidth. Tu nie ma mocnych. Trzeba po prostu zacisnąć zęby i ruchem robaczkowym z duszą na ramieniu przesuwać się do góry nie dając się grawitacji przesunąć w dół podczas restu... No i ta nieszczęsna asekuracja. Zazwyczaj trzeba mieć cama nr 6 i przesuwać go przed sobą...

Niesamowite wrażenie robi El Cap i Half Dome. Nawet wspinanie na pierwszych wyciągach pozwala poczuć ich potęgę. Oczywiście wspinanie też tylko na własnej asekuracji. Generalnie najlepiej mieć 2-3 komplety camów, kilka bardzo małych friendów (np. Alieny) i komplet stoperów rozbudowany o dodatkowe małe rozmiary. Przewodniki są doskonałe i w przypadku Indian Creek jak i Yosemite. Sklepy wspinaczkowe na miejscu.

Dla mnie ten wyjazd był na pewno wielką przygodą i szkołą wspinania, bardzo odmienną od dotychczasowych reguł. Wspinaliśmy się głównie w formacjach dla nas trudnych (szersze rysy do offwidth – ów włącznie) w trudnościach 5.10 – 5.11, pracując nad techniką i szybkością wspinania.

Niedosyt jest spory. Nie spróbowaliśmy niestety bigwalla... Oczywiście apetyty urosły i następny wyjazd ma być już bigwallowy. Co z tego wyjdzie – zobaczymy...

 

Know how:

Sezon:

Indian Creek - późna jesień, wczesna wiosna, zima ze względu na opady nawet śniegu (!) nie jest chyba dobrym wyborem na krótki (3-4 tyg.) wyjazd z Europy

Yosemite: Wiosna (do końca czerwca) i jesień (wrzesień – październik). Lato za gorąco na południowych wystawach (El Cap). Wiosną może być mokro w ścianach po zimie, więc klasyczne wspinanie chyba jednak lepiej jesienią...


Transport:

Nam się udało znaleźć przelot KLM z przesiadką w Amsterdamie i Atlancie do Salt Lake City (Indian Creek) i z San Francisco z przesiadką w Minneapolis i Amsterdamie w sumie za 2.700 zł.

Na miejscu raczej niezbędne auto. Wynajem (drogo – 800 Euro na 21 dni) lub kupno prze Internet za 500 dolarów, jeśli jedziemy np. na dłużej niż miesiąc...

Benzyna od 3,5 do 4,5 dolara/galon (3,8 l).

Jadąc z Indian Creek do Yosemite trzeba sprawdzić (Internet) czy przełęcz Tioga jest przejezdna. Jeśli nie, to warto pojechać dłuższą drogą od strony Los Angeles, niż od północy, bo nadłożycie tak jak my 400 km...

Pamiętajcie o visie, którą trzeba zacząć załatwiać min. 3 miesiące przed wyjazdem.

Utrudnieniem w transporcie jest też ograniczenie wagi bagażu w samolocie do 23 kg główmy i 10 kg osobisty. Ostatnio linie bardzo tego przestrzegają i musiałem z głupim uśmiechem kolanem przytrzymywać plecak przy odprawie ;-) Generalnie w dwie osoby trudno się zmieścić w limicie i warto rozpatrzyć dokupienie dodatkowej sztuki.


Koszty na miejscu:

Indian Creek – Kamp jest darmowy, jedzenie kosztuje podobnie jak w Polsce, sklep w Moab. Pamiętajcie o wodzie!!! (można za darmo „zatankować” przy sklepie wspinaczkowym).

Yosemite – Kamp kosztuje 10 dol. za miejsce na 2 namioty do 6 osób. Sklep jest w dolinie, ale dość drogi, najbliższa miejscowość z marketem ok. 120 km od granicy parku.


Sprzęt:

Warto mieć 4 komplety camów, plus offsety (międzyrozmiarowe i b. małe), w Yosemite dodatkowo kości stoppery, przynajmniej jednego cama nr 6 (do offwidth-ów, można też Big Bro), pętle. Warto mieć duże butki wspinaczkowe (rozmiaru normalnego buta) do nauki klinowania. Znacznie to ograniczy ból. Lina raczej pojedyncza, min. 70 m, choć my korzystaliśmy z podwójnej przy dłuższych drogach i jednej żyły przy drogach do 30 m.

Indian Creek – jest sklep przy głównej ulicy. Ceny trochę droższe niż w Yosemite, ale jak coś trzeba dokupić, to jest duży wybór.

Yosemite – bardzo dobrze zaopatrzony i tani sklep w dolinie.


Przewodniki:

Na miejscu.

Camping Yosemite:

Rezerwujemy przez Internet z pół rocznym wyprzedzeniem, lub nastawiamy się na czekanie w kolejce przed Camp4, co nie gwarantuje, że dostaniem miejsce pierwszego dnia... ale są patenty na to ;-)


Kontakt z Polską:

Najlepiej się nie kontaktować. Jeśli trzeba, to najlepiej kupić kartę low cost w markecie i dzwonić z budki (dodzwonienie się to gehenna). Komórki z reguły nie mają zasięgu i kosztują 10 zł/min połączenia...


Wspinanie:

Indian Creek – najłatwiej zacząć w sektorach przy największym parkingu – Supercrack i Battle of the bulge.

Yosemite – Na początek Coockie Cliff, El Cap Base i klika innych rejonów skałkowych w pobliżu pozwalających się „przyzwyczaić”.

 


Zapraszamy do naszej galerii zdjęć